poniedziałek, 18 października 2010

robot wielofunkcyjny

Hmm miły komentarz przypomniał mi o zaniedbanym blogu. Zatem aktualizacja. W kwestiach zasadniczych: jestem już podmiotem, negocjuję warunki wynajmu lokalu, mam księgową, architektkę i ekipę remontową i... chore dziecko. Małżonek nie pomoże- "ma gorący tydzień". Po zaprowadzeniu siąkającej noskiem Z. do przedszkola (bo muszę jakoś pojechać z projektantką do Liroja wybrać kafle) przeczytałam maila od przedszkolnej pani manager apelujący o rozsądek w kwestii przyprowadzania "nie do końca zdrowych" dzieci. Zgadzam się, ale na litość boską- nie rozdwoję się. A może powinnam? Siddhi! Potrzebuje siddhi- mocy magicznych, które posiadają zaawansowani jogini. Przechodzenie przez ucho igielne i takie tam. A ja bym się rozdwoiła. Jedna ja siedzi w domu, troskliwie zajmuje się Z., sprząta, gotuje, pierze, odpisuje na maile, uczy się do środowego egzaminu na prawo jazdy (tak, tak- to już 6 raz!),a druga lata po mieście- spotyka się z architektami, jeździ nauką jazdy, negocjuje umowy, zagląda do kosmetyczki i fryzjera (nawet jogini czasem musi), a wieczorem prowadzi zajęcia i wraca do domu po 22, kiedy Mała śpi. No nic tyle marzeń. A ja nadal czekam na projektantkę i nerwowo obgryzam paznokcie zastanawiając się jakim cudem mam się z nia spotkać, pojeździć po marketach, po 12 odebrać Mała, żeby zdążyć z nią do lekarza, wepchnąć się na wizytę, JAKOŚ wrócić do domu, zrobić obiad, poćwiczyć testy i zebrać się do g.17.00 i do pracy. Puka ktoś...

środa, 21 kwietnia 2010

się dzieje



Uff gorący okres za mną i przede mną. Kolejny, tym razem zupełnie samodzielny warsztat przeszedł do historii. Moi uczniowie jeszcze długo będą wspominać powitania słońca o7 rano na oszronionej trawie :) Joga na sali balowej XVIII wiecznego pałacu także dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń. Praca była z założenia na poziomie podstawowym i dlatego 10 osób z 19 to zupełne niemal świeżynki były. Starałam się być dla nich łagodna, ale i tak dostali po ..... Nie ma siły - 8 godz.praktyki w trakcie jednej doby hotelowej musi siać spustoszenie. Any way- wszyscy byli zadowoleni, hotel się podobał, kolacja przy świecach zgodnie z założeniami zadziałała integracyjnie, a ja z miejsca, w którym zawsze odpoczywałam, wyjechałam umęczona ale przeszczęśliwa :)))
Co więcej, echa warsztatu okazały się być bardzo obiecujące- pałac chce wczasów dla zestresowanych (lipiec) i powtórki weekendowej (wrzesień) i dzwonił pan- właściciel niemożebnie wypasionego SPA z okolic Kłodzka, któremu mnie polecono. Też chce jogi i mnie (w sensie zawodowym rzecz jasna:), tylko nie wiem czy joga i ja chcemy pracować dla tego pana. Sądząc po jego www nie mamy wiele wspólnego.
W piątek zasuwam z małżonkiem na warsztat do Krakau. Żabę zostawiamy babci. Nie poszalejemy za wiele, ale zawszeć coś. Napisałam dziś wstępny konspekt comfort yogi i niemal podjęłam decyzję o wynajmie wymarzonej lokalizacji dla mojej szkoły. Sie dzieje, nie ma co. super :)

poniedziałek, 29 marca 2010

personal


Spędziłam intensywne  (Piękny Pies uffff ;) cztery dni w Krakowie na szkoleniu pilates. Tym razem praca koncentrowała się na zagadnieniach treningu personalnego. Pani Szkoleniowiec przyleciała do nas aż z Australii i poprowadziła niesamowicie stymulujące i pouczające zajęcia. Praca "one on one" jest trudna i bardzo zżerająca energetycznie. Uwaga na kliencie na 120%. Analiza postawy, dogłębny wywiad i ścieżka treningowa dopasowana w każdym szczególe do potrzeb, możliwości i celów osoby ćwiczącej. Relacja niemal intymna. To fascynujące i wyczerpujące zarazem. Nauczyłam się fantastycznych  rzeczy tylko, że ...no właśnie- mam takie dwie konstatacje poszkoleniowe:
1. A gdzie ja na grzyba mam prowadzić te wypasione treningi personalne?!
Czy znajdę takiego klienta w moim mieście? Wiem, że moje koleżanki w Krakowa i Warszawy prowadzą takie zajęcia z powodzeniem, ale czy u mnie znajdą się ludzie chcący wydawać przez kilka miesięcy grubą kasę za luksus spotykania się ze mną sam na sam?
2. I druga myśl, którą mam niemal zawsze po dobrym wyjeździe edukacyjnym z wybitnym szkoleniowcem - dalej nic kurde nie wiem! Idę się dalej uczyć!

poniedziałek, 15 marca 2010

comfort yoga


A gdyby tak, zamiast ćwiczyć z zaciśniętymi zębami i z kołaczącymi się w przemęczonym mózgu- mocniej, szybciej,dalej, poszukać praktyki przyjemniej, nieśpiesznej, dającej ciału i umysłowi wygodę. Praktyki domowej roboty, którą można w dowolnej chwili ściągnąć z póki, odkręcić pokrywkę i rozkoszować się jej zapachem i słodyczą. Poszukać ułożeń, w których ciało czuje się dobrze, obszary pozamykane łagodnie się otwierają, miejsca zapomniane na nowo nabierają świadomości, a na usta wypływa łagodny uśmiech Buddy. Comfort yoga dla ciała jak comfort food dla żoładka. Joga dobrego samopoczucia, joga zadowolenia.

środa, 10 marca 2010

perspektywa starej dętki


Wróciłam ze swojego pierwszego warsztatu, tzn.pierwszego własnoręcznie organizowanego.W górach. Daleko. Niebywałe doświadczenie. Zwykle jeżdżę w to magiczne miejsce wypocząć, albo poćwiczyć u kogoś innego. Czuje się tam wspaniale, bo dobra energia aż stamtąd bucha. A tym razem nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Pierwszego wieczora zamiast spokojnie siorbać winko w grubego kieliszka, kręciłam się i kręciłam. I wreszcie do mnie dotarło- nie mogę się wyluzować, bo jestem w pracy! Perspektywa mi się zmieniła. Ciągle podświadomie się zamartwiałam- czy im się podoba, czy nie jest za zimno, za ciepło, zbyt intensywnie, za mało intensywnie itp, itd. Naturalnie, po pierwszych perturbacjach związanych z niespodziewanymi opadami śniegu (halo! przecież warsztat był w i o s e n n y! na Dzień Kobiet!)  i kłopotami z dojazdem (mercedes z wyłamanymi na nasypie drzwiami, dżipy zapakowane sprzętem po dach zsuwające się ze zlodowaciałej drogi), wszystko poszło jak z płatka. Moje dziewczyny były zadowolone, chata im się podobała, jedzenie smakowało, praktyka się udała, założenia zrealizowane. Bajka,ale... no właśnie, ale. Już wiem - po własnym warsztacie wraca się do domu będąc wypompowanym jak stara dętka.

wtorek, 2 marca 2010

Stres żrący


Dziecko chore. W zasadzie po raz pierwszy- nie licząc pierwszego miesiąca życia spędzonego w szpitalu :( A ja pomiędzy warsztatami.Wróciłam z jednego (Szczecin) i jadę na własny (hen hen za górami, za lasami). Nie czuję się przygotowana, nie mam głowy, nie mam serca. Żaba dziś cały dzień siedziała mi na kolanach. Musiałyśmy razem oglądać bajeczki, czytać, malować, lepić z modeliny. I tak wielkim nakładem sił budowana wewnętrzna równowaga poszła się....w kosmos bujać. Już wiem dlaczego najwięksi nauczyciele jogi to faceci! Albo kobiety bezdzietne. Nawet jak są wyjątki, to tylko po to żeby potwierdzić regułę. Co mam powiedzieć choremu dziecku, które się do mnie lepi- poczekaj kochanie mamusia musi szukać oświecenia? Cholera, kiedy ja się przygotuję? Czy dobrze robię podając jej antybiotyki? Jak mam jechać kiedy Mała chora? I właśnie tak jogina zżera stres -ergo- jogin też człowiek.

niedziela, 21 lutego 2010

pracuję w...?

Spotkałam się ostatnio z kontrowersyjnym poglądem, że nauczyciele jogi prowadzący lekcje w dużych centrach fitness pracują w... burdelach! Rany boskie! I w dodatku błyskotliwe te słowa wypowiedziała do mojej klientki inna nauczycielka jogi. Opowiedziałam o tym zaprzyjaźnionej redaktorce portalu na temat i bulwersowałyśmy się razem. Na całego. W ciszy własnej sali,we własnej szkole jogi, albo na sali gimnastycznej, po godzinach, nie sztuka być prorokiem. Ale kiedy za ścianą rąbie "muzyka", na siłowni panowie o charakterystycznym kształcie walca ryczą pod wyciskanymi kilogramami, a ja mówię- bądź tu i teraz, wprowadź oddech do brzucha- i grupa potrafi za tym pójść to... to ja przepraszam za nieskromność, ale to jest małe mistrzostwo świata. Wykonuję ten zawód bo go kocham, i choć marzę o własnej sali (i będę ją w końcu mieć), to pracuję z ludźmi TAM gdzie oni są, gdzie chcą uczyć się jogi. Na trawie, w hotelu, w ich domach, u mnie w domu i w klubie fitness. I mam głęboko w ... nosie, jeśli ktoś uważa, że pracuję w burdelu, nazywając mnie tym samym prostytutką. Tak czy siak jestem zawodowcem  i kto wie, kto robi lepszą robotę? ;)
Uff. Już mi lepiej. Wyżaliłam się. Dzięki.

środa, 17 lutego 2010

odczarować słowo

Ooo już się zaczyna. Czuję jak bulgocze, jak narasta, pęcznieje i zaczyna pulsować. To zabawne, ale wg tradycji jogi menstruacja trwa dokładnie 4 dni. Jeśli jest krótsza trwa 4 dni, jeśli jest dłuższa trwa 4 dni. No cóż- moja trwa 7. Jestem odszczepieńcem. Uratuje mnie tylko praktyka menstruacyjna. Można poleżeć będąc pookładanym sprzętem i oddechem do brzucha porozluźniać nieubłagane skurcze. Można powolutku pootwierać się w łagodnych, podpartych stojących czy posiedzieć w dłuuugich kojących skłonach.
Kobiety podczas menstruacji często traktują same siebie bardzo źle, krzywdzą się, nie dają sobie czasu na regenerację i odpoczynek. To chyba dlatego, że to temat wstydliwy. Przecież żadna nie powie w biurze- przepraszam, źle się czuję, mam okres. Muszę sobie oddechami porozluźniać skurczoną macicę. Nie dając sobie prawa do specjalnego traktowania same zapracowujemy na kłopoty. Wieczne napięcie w narządach rozrodczych to murowane problemy ciążowe.
Na zajęciach im mam większą grupę , im bardziej początkującą, tym częściej, niemal z lubością mówię- panie z menstruacją nie robią tego i tamtego, panie z okresem powinny robić to tak i tak, menstruantki poproszę do siebie i zrobicie to i to. Uczę kobiety tego, że są wyjątkowe i zasługują na specjalne traktowanie, na dopieszczenie i uwagę. Taka prywatna krucjata. Mówić: okres, menstruacja- wyraźnie i dobitnie, żeby odczarować słowo zakazane, żeby zrobić coś dla siebie.

niedziela, 14 lutego 2010

14 lutego- so what!



Po sobocie ciężko. Sama w durne Walentynki- też ciężko. Ale po co załamywać ręce kiedy można je wykorzystać do czegoś bardziej konstruktywnego- patrz stanie na rękach. Dzień zaczęłam własnoręcznie upieczonym chlebem (dziękuję Truflo. Miałaś racje- nie może się nie udać). To mój pierwszy. Jest śliczny. Nie jest idealny, ale jest mój. A potem poszłam po całości- zrobiłam angielskie ciasto śmietanowe ze złotym syropem. Tak wspaniałe, że wręcz niemoralne. I tyle na dziś. Chciałam się tylko pochwalić.
Ps. praktyki nie było. Za smutna byłam.

piątek, 12 lutego 2010

nie mogę


I dziś nie będzie praktyki. Nie mogę, nie mam siły, nie chcę. Mam kaca. Mam kaca umysłu. Ile razy można polec, podnieść się i próbować ponownie? Ile? Ja mam za sobą pięć razy. Pięć cholernych egzaminów na prawo jazdy. Wczoraj śnieżyca szalała, facet obok nie odzywał się nic a nic a ja jechałam 30 km/godz. To mnie upokarza! To jest tak idiotyczne, że brak słów. Nie mam już siły reagować na wypowiedzi typu: TY nie możesz zdać! niemożliwe! No kto jak kto ale TY?! Jezusie Maryjo nie mogę i już. Nie nadaję się, nie ogarniam tego i nie chcę. Nie mam pojęcia jak przeprowadziłam wczoraj zajęcia. Miałam takiego doła, że nie pamiętam co mówiłam. Zamęczyłam grupę bo tylko to mogłam robić nie zastanawiając się specjalnie nad tokiem zajęć. Wróciłam do domu i regularnie zalałam pałę. Całe szczęście, że troskliwy małżonek pamiętał o regułach 5 przemian i zakupił mi porto. Dba o mnie- nie chce żebym się wychłodziła heh Obudziłam się o 4 ubrana, w makijażu, na kanapie i pod kołdrą. Nie mam na nic siły. Dziś będę się nad sobą użalać. Poskładam się przez weekend, a w poniedziałek zadzwonię do instruktora umówić się na jazdy. Małżonek nawet zaproponował, że pojedzie i mnie zapisze na następny termin. Cudownie. Jak to miło z jego strony. K..wa!!!

poniedziałek, 8 lutego 2010

dziś uratuję świat

Pojechałam. Wróciłam. Trzy dni po za domem- wakacje od codzienności. Restorative Joga wg Judith Lasater- rewelacja! Zawsze byłam "fizyczna". Im więcej "potu, bólu, łez i krwi" w praktyce tym lepiej. Ale teraz to się zmienia. To chyba kwestia dojrzewania jako kobieta-człowiek i kobieta-nauczyciel. Fascynuje mnie mnie odkrywanie tego co ukryte, subtelne, nieuchwytne. Skręt skóry na pięcie, oddech środkowymi zatokami czy takie ułożenie ciała na pomocach żeby natychmiast odpływało w relax. Supta badha konasana na wałku postawionym 45 st względem podłoża, bolstery pod udami i łokciami, koc pod głową, dłonie wyżej niż łokcie i pachnąca lawendą opaska na oczach sprawiły, że po kilku oddechach zatraciłam poczucie rzeczywistości i gdyby nie dźwięk dzwonka chybabym nie wróciła z miejsca bez czasu i materii, w którym się znalazłam. Kto raz doświadczył dobrej śavasany ten wie o czym mówię. Ponoć taka praktyka wystarcza w zupełności. Tak regeneruje ciało i umysł, tak łagodnie otwiera, że twarda praca w asanach nie jest już potrzebna. Nie dorosłam do tego, ale spróbuję podczas menstruacji. Judith mówi, że jedna dobra śavasana codziennie może uratować świat :) Proste? Nie, bardzo bardzo trudne. Żyjemy w świecie, w którym przyzwolenie do odpoczynku i regeneracji mają tylko dzieci, kobiety w ciąży, chorzy i starcy. Osoby w wieku produkcyjnym mają pracować i dać się eksploatować tak długo aż będą chorzy. Witamy w XXI wieku. Paranoja.
Dziś na zajęciach poratuję trochę świat. Zrobię moim grupom dłuuuugi relax (jeśli na sali nie będzie zbyt zimno).

środa, 3 lutego 2010

wprawa


Sutra II.46 mówi: sthitamsukham asanam- "każda asana powinna być wygodna, stabilna i taka, w której można długo stać".
Myślę o tym w parivritta ardhacandrze czyli stojąc na prawej nodze i podpierając się na lewej ręce, prawą rękę mam uniesioną pionowo, a lewą nogę poziomo- czyli skręcam tułów 180 st. Kiedy praktykujesz wiele rzeczy wydaje ci się trudnych i niemal niewykonalnych, ale wiesz, że dziesiątki, setki powtórzeń zbliżą cię momentu sthiramsukham. Taki jest fizyczny cel praktyki. Ale sens jest znacznie głębszy. Joga uczy mnie dzień po dniu zmagać się z trudnościami- i w asanach, i w życiu. Bo czy nie dążę do tego żeby znaleźć wygodę (w sensie usuwania tego co mi szkodzi), stabilność i czy nie szukam takiego sposobu na życie, żebym mogła długo żyć? Kiedy natykam się na problem "nie do rowiązania" i "ponad moje siły" to staram się go traktować jak wyjątkowo trudną asanę. Może dziś nie wychodzi mi najlepiej, utrzymuję równowagę ledwie kilka sekund, szybko słabną mi nogi, kręgosłup wygina się w pałąk i mam zapadnięty mostek, ale wiem, że to jedynie kwestia wprawy i wielu, wielu upartych powtórzeń.
Tak więc w przyszły czwartek po raz piąty pójdę na egzamin z prawa jazdy i nawet jeśli znów poleję, to będę lepsza niż za pierwszym razem ;)
A dziś pozachwycam się moją szarlotką. Jest bossska, bo... mam wprawę.

sobota, 30 stycznia 2010

po i przed



Wczoraj piątek. Za duża kolacja+ wino. Dziś sobota, śniadanie dla gościa (swoją drogą uwielllbiam przyrządzać śniadania dla gości- twarożek ze szczypiorkiem, jajka na miękko, chrupiące pieczywo z tostera) - też za duże. Piję kawę i czekam aż mi się w żołądku uleży żeby zrobić na macie choć podstawową pracę. W takiej sytuacji najlepsza będzie, na początek długa supta virasana na wałku, bo pomaga trawić. Odwrócone dopiero po porządnej sekwencji stojących wydłużających brzuch i skręconych. Najgorsze jest to, że dziś JA idę miasto (wczoraj małżonek był się bawił). Po spektaklu słodkie drinki w świetnym babskim towarzystwie i żarło naturalnie też będzie. Przy niedzielnej praktyce będę już w wadze słonia :) zostanie mi tylko wiszenie na linach i to pod warunkiem pomyślnie zaliczonego testu ich wytrzymałości heh
Dzwoniłam do mojego nauczyciela- warunkiem otrzymania od niego rekomendacji na następny egzamin będzie spędzenie z nim (przy asystach i prowadzeniu jego grup) w zasadzie całego nadchodzącego półrocza- niemal dosłownie. Witaj Krakowie.Witaj ponownie. Żegnajcie leniwe weekendy w domu. Kurde sama chciałam. Nikt z mojej grupy na Juniora I jeszcze nie startuje.
Yyyyyyyp idę na matę. Bo chce, bo muszę, bo kocham. Małżonek skacowany śpi, Żaba też (ona rzecz jasna nie skacowana ;)

środa, 27 stycznia 2010

czasem się nie da

Czasem pomimo ogólnie sprzyjających warunków po prostu nie robię praktyki i już. Znam nauczycieli, którzy robią wokół jogi takie halo jakby to było lekarstwo na raka, rozwiązanie problemu głodu w Afryce i metoda na zażegnanie konfliktu na Bliskim Wschodzie w jednym. A do mnie dziś przyjechała przyjaciółka i gadałyśmy o babskich sprawach- czytaj: diety, kuchnia, blogi (to Ona wprowadziła mnie w kosmos bloggera- hyymmm- dzieki kobieto:), no i oczywiście faceci, czy raczej kłopoty z nimi, bo inaczej się o nich raczej nie gada. Acha, no i jeszcze- co robimy w weekend, czy raczej gdzie idziemy pić wino heh. A idziemy, żeby gadać o tym samym naturalnie- diety, kuchnia, blogi, no i oczywiście faceci. A potem pojechała, a ja już miałam tylko czas na ugotowanie czegoś i to szybko. Kurczak caccitore, Nigelli, expresowo - od siebie dodałam tylko pieczarek (bo zmieniają właściwości mięsa) i zamieniłam kurczaka (bo wychładza) na indyka (bo neutralny) mmniam. I zaraz do pracy. Jeśli nie będzie burzy to to będzie udany dzień. Acha - jeszcze rano, specjalnie dla Niej upiekłam muffinki piernikowe :)
A praktykę zrobię jutro, rano. namaste

wtorek, 26 stycznia 2010

terapia jogą

I znów poszłam do pracy zdołowana. Zwykle mówi się "nie przynosić pracy do domu" a ja mi nie wolno przynosić domu do pracy. Wchodzę na salę i moi klienci oczekują uśmiechu nr 6, masy energii, zaangażowania, pasji i profesjonalizmu- i słusznie, wszak włąśnie za to płacą. Ale czasem trudno. Jestem kobietą, też mam PMS, okres i mogę się pokłócić z mężem. I choć mam do dyspozycji niesamowite narzędzie w postaci sekwencji terapeutycznych na wszystko ( z wyjątkiem sekwencji na ciche dni ;), to czasem mam ochotę odbębnić robotę i zatopić smutki w kieliszku dobrego czerwonego wina. Otóż nie da się. Nigdy nie odwaliłam zajęć byle jak, ale to nie moja zasługa. Wchodzę, gadam, ktoś się uśmiecha, odpowiadam, rzucam pierwszy żart (np. że obręcz siły w pilatesie to jak majtki korygujące Bridget Jones- nie widać, a wyszczupla) i już mi lepiej. Potem,kiedy wchodzi grupa jogowa jestem już taka nakręcona, że muszę się powstrzymywać żeby za dużo nie gadać. Jogowcy są mi bliżsi, dobra energia aż bucha z sali. Kiedy kończę pracę jestem na pranicznym haju. I kto tu komu pomaga? :) Ja Im czy Oni mi? ha! Jest po równo. Kurcze- kocham tę robotę. Ide ma matę. Mam ochotę na dłuuuugą adho mukha vrksasanę.

niedziela, 24 stycznia 2010

niedziela


Kiedyś w niedzielę nie przyszłoby mi do głowy żeby wejść na matę. Teraz, kiedy praktyka weszła w krwioobieg wyszukuję w ciągu dnia dwóch spokojnych godzin (plan minimalny-jedna) kiedy będę mogła pobyć sama ze sobą. Ja i moja stara zielona mata. A dziś mróz paskudny i małżonek naprawdę się poświęcił zabierając Małą na spacer.
Rozebranie się do koszulki i legginsów wymaga trochę samozaparcia ale od czego mamy surya namaskar- cykl powitania słońca. Kiedy na początku zajęć pytam moje grupy czy im zimno, ci zaawansowani wiedzą o co chodzi i od razu krzyczą - Nie! Ciepło, ciepło :)
Surya namaskar: 12 asan ułożonych w piękną, symetryczną sekwencję - klasycznie, po iyengarowsku to tadasana, urdhva hasta tadasana, uttanasana wydech, uttanasana wdech, adho mukha svanasana, urdhva mukha svanasana, caturanga dandasana i od tego momentu sekwencja się cofa. Cud, miód i fistaszki. Nim się zastanowiłam co robię trzasnęłam już 10 powtórzeń. I ledwie zdążyłam stanąć na rękach, na przedramionach, na głowie i zacząć zagłębiać się w stojące (parivritty moja miłość;) zmarznięta rodzina już była pod drzwiami. Żaba poszła spać a ja dokończyłam pracę. na koniec kilka skłonów, mostków, świeca i po praktyce. A potem spokój wewnątrz i satysfakcja. Niedziela to dzień święty właśnie dlatego, że bez szkody dla bliskich mogę sobie pojogować niemal do woli.

piątek, 22 stycznia 2010

początek


Wypadało by coś od siebie. Kobieta, matka, żona, nauczycielka jogi.
Mam przyjaciółkę na stałe mieszkającą w Londynie. Razem skończyłyśmy paraartystyczne studia, tu w Polsce. Ona wyjechała i pracuje w zawodzie. Ostatnio ucząc bandę 50-letnich prawników sztuki XX wieku zdała sobie sprawę, że jej zawód, jej życie musi im się wydawać równie realne jak życie na Marsie. Bo to co jest dla niej codziennością dla nich jest tak egzotyczne. Ja mam tak samo. Moim uczniom- klientom moje życie wydaje się jedna wielką sesja jogi poprzerywaną z rzadka medytacjami i studiowaniem starożytnych pism. I wprawdzie w języku polskim kobieta zajmująca się jogą to jogini- jak bogini :) to ja określam się raczej -kura jogowa czyli kura domowa codziennie zmagająca się z tym żeby wymogi zawodu, który kocha wepchnąć w życie zwyczajnej kobiety. Czy to egzotyczne? nie, nie bardzo ale za to bardzo satysfakcjonujące :)