wtorek, 26 stycznia 2010

terapia jogą

I znów poszłam do pracy zdołowana. Zwykle mówi się "nie przynosić pracy do domu" a ja mi nie wolno przynosić domu do pracy. Wchodzę na salę i moi klienci oczekują uśmiechu nr 6, masy energii, zaangażowania, pasji i profesjonalizmu- i słusznie, wszak włąśnie za to płacą. Ale czasem trudno. Jestem kobietą, też mam PMS, okres i mogę się pokłócić z mężem. I choć mam do dyspozycji niesamowite narzędzie w postaci sekwencji terapeutycznych na wszystko ( z wyjątkiem sekwencji na ciche dni ;), to czasem mam ochotę odbębnić robotę i zatopić smutki w kieliszku dobrego czerwonego wina. Otóż nie da się. Nigdy nie odwaliłam zajęć byle jak, ale to nie moja zasługa. Wchodzę, gadam, ktoś się uśmiecha, odpowiadam, rzucam pierwszy żart (np. że obręcz siły w pilatesie to jak majtki korygujące Bridget Jones- nie widać, a wyszczupla) i już mi lepiej. Potem,kiedy wchodzi grupa jogowa jestem już taka nakręcona, że muszę się powstrzymywać żeby za dużo nie gadać. Jogowcy są mi bliżsi, dobra energia aż bucha z sali. Kiedy kończę pracę jestem na pranicznym haju. I kto tu komu pomaga? :) Ja Im czy Oni mi? ha! Jest po równo. Kurcze- kocham tę robotę. Ide ma matę. Mam ochotę na dłuuuugą adho mukha vrksasanę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz