
Wczoraj piątek. Za duża kolacja+ wino. Dziś sobota, śniadanie dla gościa (swoją drogą uwielllbiam przyrządzać śniadania dla gości- twarożek ze szczypiorkiem, jajka na miękko, chrupiące pieczywo z tostera) - też za duże. Piję kawę i czekam aż mi się w żołądku uleży żeby zrobić na macie choć podstawową pracę. W takiej sytuacji najlepsza będzie, na początek długa supta virasana na wałku, bo pomaga trawić. Odwrócone dopiero po porządnej sekwencji stojących wydłużających brzuch i skręconych. Najgorsze jest to, że dziś JA idę miasto (wczoraj małżonek był się bawił). Po spektaklu słodkie drinki w świetnym babskim towarzystwie i żarło naturalnie też będzie. Przy niedzielnej praktyce będę już w wadze słonia :) zostanie mi tylko wiszenie na linach i to pod warunkiem pomyślnie zaliczonego testu ich wytrzymałości heh
Dzwoniłam do mojego nauczyciela- warunkiem otrzymania od niego rekomendacji na następny egzamin będzie spędzenie z nim (przy asystach i prowadzeniu jego grup) w zasadzie całego nadchodzącego półrocza- niemal dosłownie. Witaj Krakowie.Witaj ponownie. Żegnajcie leniwe weekendy w domu. Kurde sama chciałam. Nikt z mojej grupy na Juniora I jeszcze nie startuje.
Yyyyyyyp idę na matę. Bo chce, bo muszę, bo kocham. Małżonek skacowany śpi, Żaba też (ona rzecz jasna nie skacowana ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz