
Wróciłam ze swojego pierwszego warsztatu, tzn.pierwszego własnoręcznie organizowanego.W górach. Daleko. Niebywałe doświadczenie. Zwykle jeżdżę w to magiczne miejsce wypocząć, albo poćwiczyć u kogoś innego. Czuje się tam wspaniale, bo dobra energia aż stamtąd bucha. A tym razem nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Pierwszego wieczora zamiast spokojnie siorbać winko w grubego kieliszka, kręciłam się i kręciłam. I wreszcie do mnie dotarło- nie mogę się wyluzować, bo jestem w pracy! Perspektywa mi się zmieniła. Ciągle podświadomie się zamartwiałam- czy im się podoba, czy nie jest za zimno, za ciepło, zbyt intensywnie, za mało intensywnie itp, itd. Naturalnie, po pierwszych perturbacjach związanych z niespodziewanymi opadami śniegu (halo! przecież warsztat był w i o s e n n y! na Dzień Kobiet!) i kłopotami z dojazdem (mercedes z wyłamanymi na nasypie drzwiami, dżipy zapakowane sprzętem po dach zsuwające się ze zlodowaciałej drogi), wszystko poszło jak z płatka. Moje dziewczyny były zadowolone, chata im się podobała, jedzenie smakowało, praktyka się udała, założenia zrealizowane. Bajka,ale... no właśnie, ale. Już wiem - po własnym warsztacie wraca się do domu będąc wypompowanym jak stara dętka.
ale ja bym chciała tak sobie pojechać....
OdpowiedzUsuńZawsze tak jest, że napięcie spina człowieka w jeden węzełek.
to pojedz! kurna pojedz.kilka dni przed warsztatem zgłosiła sie do mnie cudna kobitka z Wa-wy- matka 4 dzieci! najmniejsze roczne. Uciekla na babski dzien kobiet :)Aniu respect!
OdpowiedzUsuńnigdy więcej ćwiczeń w parach pliz
OdpowiedzUsuńwhy? fajnie wyszlo:)jestes aspoleczna! trzeba kochac ludzi. tak szybko odchodza- z zajec;)
OdpowiedzUsuńjak mi sie pouklada z piewrodonej planem to zastukam, lubie takie imprezy "do padu";)Byle w druga strone moze nad morze?;)
OdpowiedzUsuń